Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/276

Ta strona została przepisana.


Pani Walewska odsłoniła twarz, powiodła wokół rozgorączkowanym wzrokiem i wyszła do sypialni. Tam padła na kolana u kołyski dziecka i łzami się zalała.
Pani de Vauban, podejrzawszy dyskretnie szambelanowę, uśmiechnęła się z zadowoleniem i, zamieniwszy kilka słów z ochmistrzynią, a nadewszystko zaleciwszy jej, aby panią Walewskę w zupełnym pozostawiła spokoju, kazała się zameldować do pana Anastazego.
W tydzień po wizycie hrabiny w Walewicach przed pałac zatoczył się tabor podróżny, rozpoczynający się wielką błękitną landarą, oprzężoną w szóstkę tęgich gniadoszów, a kończący na płótnem krytych brykach i wasągach.
Około taboru wszczął się niebawem ruch gorączkowy, zgiełkliwy. Służba wynosiła i ładowała kufry i skrzynie, puzderka i sepeciki, tobołki i kosze nawet przysadziste baryłki i faski.
Komnaty pałacu na pierwszem piętrze wrzały ruchem niebywałym, pogwarem pomieszanych głosów, bieganiną hajduków i służebnych, donośnem fukaniem Domagalskiego. Na dole pałacu zaś śmiertelna panowała głusza, a nawet pokojowców pana Anastazego, lubiących wylegać się na ławach w dolnej antykamerze, widać nie było.
Tymczasem i w tej milczącej części rezydencji rodowej Walewskich żywy brano udział w trosce o tabor, jeno w odmienny sposób.
Sam pan Anastazy od rana samego, wystrojony, a opięty w tabaczkową bekieszę, z gwiazdą orderową i krzyżem na piersiach siedział w oknie i z poza firanki pilnie przyglądał się temu, co się przed pałacem dzieje, a od czasu do czasu dzielił się wrażeniami z Baptystą, a nawet rozkazami go zasypywał.
— Błażej niech tylko uważa na konie!
— Stary woźnica!