Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/279

Ta strona została przepisana.


— Laskę! Kapelusz! Podaj mi ramię! Żywo!!
Pani Walewska w landarze ostatnie rzucała spojrzenia na pałac walewicki. Tuż, obok, ochmistrzyni trzymała syna.
Andrzejowa ładowała się jeszcze na przednie siedzenie, a pokrzykiwała smutnie do kumy, która jej własne piastowała dziecko.
Ochmistrzyni francuska łamaną polszczyzną cieszyła rozżaloną kobietę.
— Nie plakaj — chłopak zdróf, będziesz frucić!
— O! Kiej człowiekowi ciężko!! — skarżyła się Andrzejowa.
Szambelanowa ledwie rozumiała te utyskiwania, ciężar jakiś tłoczył jej piersi. Przeżyła w tym pałacu tyle chwil ponurych, tyle dni smutnych, a tak długich! I odjeżdża może na gorsze! I odjeżdża, nie powiedziawszy słowa do człowieka, pod dachem którego znalazła schronienie, którego żoną była, a któremu ostatnie godziny życia zatruła!... Stało się; nieśmiałość, niepewność, czy jej nie zelżą, odebrała jej odwagę! Chciała, zwlekała i tak zeszło!... I odjeżdża, a wyrzut, a świadomość złego rozstania się, a raczej odjechania obojętnego, lekceważącego nawet widmo śmierci, unoszące się nad tym starcem, za każdą piędzią ziemi ujechanej będzie za nią ścigać, prześladować... Stało się!
Pani Walewska odetchnęła głęboko, zmogła się i wychyliła z landary, aby marudzącego jeszcze Domagalskiego napomnieć do odjazdu, gdy, tuż przy drzwiczkach, ukazała się jej pomarszczona twarz pana Anastazego.
Szambelanowa na widok męża pobladła i rzuciła się w tył karety.
Pan Anastazy, nie zwracając uwagi na zalęknienie pani Walewskiej, wyciągnął rękę ku twarzyczce dziecka i chwiał nią, i kłapał bezzębną szczęką, i szeptał jakieś słowa.