Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/281

Ta strona została przepisana.


i polityczne wywody i gawędy. Rzemieślnicy w fabrykach i warsztatach ani jednem uderzeniem młota, ani jednym zgrzytem pilnika, ani jednem warknięciem tokarni nie śmieli przerwać pełni echa gromkiego huku, bijącego ponad korytem Sekwany. Kupcy ucinali zgiełkliwe targi, nauczyciel na odgłos pierwszego strzału milkł, nie kończąc zdania i razem z rozszemraną przed chwilą gromadką młodzieży poglądał niespokojnie ku dygoczącym szybom okiennym; ślęczący nad papierami kancelista zatrzymywał bezwiednie skrzypiące pióro. Mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, panowie i słudzy, szlachta i mieszczanie, oficerowie i żołnierze, republikanie i rojaliści, zapaleni stronnicy Bourbonów i wierni potędze Napoleona, w dostatkach opływający potentaci i bezdomni nędzarze, kto żyw, słuch wytężał i liczył wycia armatnie.
Skupienie, wzruszenie było tak wielkie, tak powszechne, jakby Paryż ówczesny nie był stolicą Marsa, jakby nie w nim poczynały się od kilkunastu lat bojowe pobudki, jakby nie on rozkazywał żołnierzom burzącym i budującym trony, rwącym królestwa, szarpiącym granice państw, wyrokującym o losie ludów, jakby baterje pod Domem Inwalidów odzywały się po raz pierwszy, jakby gromem nie zwykły witać każdej wygranej bitwy, każdej uroczystości, każdego wjazdu cesarza, każdej rocznicy, związanej z imieniem Bonapartego, jakby salwa armatnia była Paryżowi nowiną!
...Raz... dwa... trzy... cztery! — liczył Paryż tchem jednym, liczył z dreszczem niepewności, z zalęknieniem, bo liczba strzałów miała mu być wyrokiem, rozstrzygnięciem zapytania o jutrze, miała mu dać moc albo niemoc, jedność lub rozprzężenie, pewność spokojnej przyszłości lub niepokój nowych przewrotów...
...Dziesięć, jedenaście, dwanaście! — mówiły równocześnie i pałace przedmieścia St. Germain i ubogie kamieniczki na