Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/289

Ta strona została przepisana.


— Nie mówmy!
— Wyjeżdżałaś na miasto!
— Byłam u Lerny! Dwadzieścia nowych toalet robi dla cesarzowej!
— Zapewne będą gustowne!?
— Bezwątpienia! — ucięła oschle księżna. — A ty nie wyjedziesz dzisiaj?
— Dokądbym ja mogła jechać?
— Zapewne, skoro sobie tak sama życie ułożyłaś! Co do mnie, idę zmienić toaletę!
— Wybierasz się z wizytami!
— Muszę przecież być w Tuileries i bodaj księżnie Montebello wyrazić życzenia!
— Więc w takim razie wieczorem...
— Jeżeli twoja służba raczy mnie wpuścić!
Szambelanowa uśmiechnęła się smutnie.
— Wiesz dobrze, że ten ceremonjał pochodzi nie odemnie! Duroc tego żądał dla niego... A zresztą, ja tak często potrzebuję być samą...
Księżna złożyła pocałunek na czole pani Walewskiej, cmoknęła zlekka twarzyczkę śpiącego Olesia i wyszła w milczeniu.
Szambelanowa pozostała na krześle nieruchoma, zamyślona, zapatrzona w szarzynę dnia marcowego. Naraz, kąty jej kształtnych usteczek drgnęły, pierś wezbrała jakąś cichą skargą, zaklętą w spazmatycznem westchnieniu, łzy ciche spłynęły na jasnowłosą główkę dziecka...
Do salonu weszła ochmistrzyni i jęła pośpiesznie rozpowiadać pani Walewskiej ostatnie nowiny, które już zdążyły na ulicę de la Victoire trafić.
Cesarzowa już wczoraj wieczorem zasłabła. Nakazano najściślejszą tajemnicę. Panowie Dubois i Corvisart na krok nie odstępowali cesarzowej.