Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/294

Ta strona została przepisana.


— Pani zna artystę Gérarda...
— Znałam dawniej, lecz teraz, kiedy jestem tylko kapitanową Augier! O, Gérard to wielki malarz, ale, patrząc na panią, widzę, że jeszcze nie oddał...
— Dziękuję! — przerwała krótko pani Walewska. — Więc, co mogę uczynić dla pani... proszę, słucham!?
Pani Augier zmieszała się i, dopiero po przestanku, rzekła cicho.
— Pani szambelanowa nie słyszała nigdy o mnie?
— Nie, pani!
— Moje dawne nazwisko Reval... z pierwszego małżeństwa!... Z domu Dénuelle... de la Plaigne!
— Dénuelle? Dénuelle! Zdaje się, że słyszałam... choć nie przypominam sobie w jakich okolicznościach!
— Tak, to dawno! Właściwie nie dawno, ale trwało to krótko... bardzo krótko! Byłam na pensji u pani Campan...
Pani Walewska, która niezbyt uważnie słuchała tego wstępu, rozumiejąc, że musi się dowiedzieć jeszcze wielu podobnych, nic nie obchodzących ją szczegółów, spojrzała ku chłopcu, który już ośmielony, wychylił główkę z poza krzesła, i zdumiała się.
— Byłam na pensji u pani Campan! — powtórzyła pani Augier. — Rodzice byli dość na to zamożni...
— To pani synek? — zapytała raptownie szambelanowa, którą rysy twarzy dziecka uderzyły, przykuły całą jej uwagę.
— Mój, pani szambelanowo!... To właśnie Leonek...
— Leonek! Dziwne, dziwne podobieństwo! — rzekła wpół do siebie pani Walewska.
Pani Augier ożywiła się.
— Nieprawdaż, pani szambelanowo? I to nawet w ruchach! Zupełnie do niego podobny!
— Do kogo, pani mniema?