Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/305

Ta strona została przepisana.


Pani Walewska skinęła pobłażliwie głową. Pan Rémusat skłonił się posuwiście i zniknął w tłumie mundurów.
Pani Walewska, ku której coraz natrętniejsze biegły spojrzenia, obciągnęła mocniej woal na twarzy i zasunęła się w głąb krzesła, aby jaknajmniej być na widoku. Obecność jej atoli nie uszła uwagi młodego pułkownika dragonów, gdyż ten, na widok szambelanowej, zdołał nawet przerwać rozmowę z generałem i zbliżyć się nieznacznie ku pani Walewskiej.
Szambelanowa, na pozdrowienie pułkownika, uczyniła ruch pełen zdziwienia.
— Pan mnie poznał?
— Odgadłem, pani szambelanowo, nawet pozwolę sobie domyślać się celu przybycia jej tutaj!
— Nie było czasu do namysłu!
— Rozumiem — i tem więcej cenię pani gotowość! Równocześnie przepraszam za śmiałość adresowania się do jej łaskawości! Wyznam otwarcie, że obawiałem się, po napisaniu tych słów w pierwszym porywie... czy...
— Chcesz pan powiedzieć, żeś nie ufał mi...
— Nie, pani, wątpiłem, czy pamiętasz, że w ogóle jaki Ornano istnieje!
— Więc tak krótką pamięć mają korsykanie?
— Korsykanin, pani szambelanowo — odrzekł gorąco pułkownik — nie zapomina nigdy!
— Lecz podobno wówczas, gdy nienawidzi!
— Albo gdy...
— Wszak to chyba dwa lata, jak ostatni raz widziałam pana? — przerwała żywo szambelanowa.
— Nie każdemu czas tak upłynął szybko, dla mnie cztery i to długie bardzo...
— I zdaje mi się, że nielada awansu mogę panu powinszować? Pułkownikowskie epolety!