Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/309

Ta strona została przepisana.


Szambelanowa ścisnęła nerwowo rękę pułkownika i wsiadła do karety.
Wielki marszałek dworu cesarskiego, Duroc, książę Frioulu, siedział w saloniku bocznym, pałacyku pani Walewskiej, na ulicy de la Victoire i ze wzrastającym niepokojem rozglądał się dookoła.
Od pół godziny blizko, jak tu przybył, skłopotany szczerze drażliwością polecenia, które odebrał, a dotąd ani szambelanowa, ani nawet księżna Jabłonowska doń nie wyszła. Durocowi zrobiło się przykro. Toż bywał tu i częstym, i mile witanym gościem, toż on istotnie wnikał w drobne szczegóły życia mieszkańców tego pałacyku, toż on tu służył, czem mógł, a raczej, jeżeli, tylko czem pozwolono sobie usłużyć. A tak się z kątami tymi zaprzyjaźnił, tak pokumał, że mu ta atmosfera wyrafinowanej ciszy nie na żarty dokuczać zaczęła.
Książę raz drugi zerknął ku tarczy zegara, wreszcie zadzwonił.
Na progu ukazał się służący.
— Meldowałeś mnie pani?
— Tak jest!
— Może... może jej nie powtórzono!...
— Owszem, panie marszałku! — dał się słyszeć z przeciwnej strony dźwięczny głos pani Walewskiej. — Nie bierz za złe, że kazałam ci czekać ale miałam pilne listy do pisania!
— To ja raczej powinienem natarczywość moją usprawiedliwić, ale wczoraj być nie mogłem, a więc dziś każda nowina jest mi podwójnie pożądaną. Jakże pan hrabia?
— Pyta pan o mego Olesia? Dziękuję za pamięć, zupełnie dobrze!
— Corvisart ma polecone być dzisiaj!
— Zupełnie zbytecznie, ani go nawet nie dopuszczę więcej!