Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/311

Ta strona została przepisana.


roc. — Starałem się zawsze mój prawdziwy szacunek jej okazywać i, powiem otwarcie, szczyciłem się tem zaufaniem, którem mnie darzyłaś... i przysięgam, że nie radbym go utracić. Powiem więcej, nie znam, nie mogę wyobrazić sobie takiego wypadku, położenia... któryby mi pozwolił zmienić na jotę moje dla pani sentymenty!
Oczy pani Walewskiej spotkały się z jasnem, szlachetnem wejrzeniem marszałka.
Szambelanowa odwróciła zlekka głowę.
— Panie marszałku, i ja także nigdy nie zaniedbałam i radabym nie zaniedbać okazji do wyróżnienia twej dobroci, ale wszak w tej chwili przemawiałeś do mnie nie w swojem imieniu!... Racz nie brać do siebie...
— Pani szambelanowo! Tak, czy inaczej, mówmy otwarcie, mówmy szczerze!
— Ale tylko z panem!
— Więc dobrze, ze mną! Pani szambelanowa czuje się dotkniętą?! Więcej nawet! Zgaduję! Ale, niechże pani pozwoli sobie wyjaśnić powody! Cesarz tak często musi ulegać, musi liczyć się z błahemi na pozór względami! Pani cierpiała, czy pani jedna tylko?! Sądzi pani, że tak łatwo zdobyć się na odprawienie tej, którejby się chciało drogę zabiec, najczulszym uściskiem powitać!
— Bynajmniej! A dowodem, że ani jednego zaproszenia do Tuileries nie przyjęłam, że oparłam się nawet żądaniu cesarza, aby być wpisaną w poczet dam dworu — i nigdy na żadnej nie asystowałam uroczystości, chyba w tłumie pospólstwa! Dzisiaj jednak ośmieliłam się zaznaczyć, iż i mnie wolno do stóp tronu się schylić i prosić... Najjaśniejszy pan chyba nie wątpił, że nielada sprawa musiała mnie zniewolić do tego kroku...
— I dlatego mnie tu natychmiast wyprawił i załatwić życzenia pani szambelanowej polecił.