Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/319

Ta strona została przepisana.


byłaby własnem życiem okupić panu Anastazemu zdrowie i siły. Tak, bo odniedawna wiele zmieniło się w wyobrażeniach pani Walewskiej, — bo ten, nad grobem stojący starzec, ten dawny jej mąż gderliwy, śmieszny, krzywdzący jej młodość, burzący jej śnione ideały, wtrącający ją do pustelni walewickiej, dyszący przesytem, odrażający, stał się jej jedynym przyjacielem, jedynym człowiekiem, co ani jej zapytał się nigdy, dlaczego przebywa pod dachem, którego się wyrzekła, dlaczego tu szuka schronienia, dlaczego wyrywała się raz po raz do wielkiego świata, dlaczego raptownie pędziła z Walewic do Warszawy, Wilna, Wiednia czy Paryża i dlaczego raptownie, niespodziewanie zajeżdżała przed pałac.
Pan Anastazy bywał nawet dla swej ex-żony tak obojętnym, tak pilnie strzegł odosobnienia w swych pokojach, tak rzadko i z taką wyszukaną wytwornością zdobywał się na kilkuminutowe widzenie się z panią Walewską, że snadnie możnaby to zachowanie wziąć było za niechęć, za odprawę, za pogardę.
Równocześnie jednak ten sam szambelan stał się niewyczerpanym w pomysłach, gdy szło o pamiętanie o potrzebach żony, a już podziwienia godnym w nieustannej zabiegliwości o małego Olesia.
Pani Walewska ani postrzec była zdolną nieraz, jak tajemnicze ręce, tajemnicze osoby uprzedzały każdą jej myśl, o najmniejszym nie zapomniały wydatku, każdy usuwały kłopot. Z początku nawet zgoła komu innemu przypisywała tę roztaczaną nad nią opiekę, a poznawszy źródło, jeszcze szukała dlań wytłumaczenia w dawnych urojeniach męża, w śmiesznych ambicjach! Aż przekonała się, że jedyną myślą, pragnieniem i szczęściem pana Anastazego było poglądanie na Olesia, obsypywanie go pieszczotami i nazywanie cesarską wysokością...