Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/326

Ta strona została przepisana.


polecenia, co i jak czynić należy pod jej nieobecność, a chorobę szambelana.
Ułatwiwszy się szybko ze służbą, pani Walewska zaszła do medyków, zapewniła się jeszcze o polepszeniu w stanie zdrowia męża, zobowiązała ich, aby krokiem nie odstępowali chorego, wspomniała coś o nagłym swym wyjeździe i o możliwym szybkim powrocie i wróciła znów na górę.
Tu ochmistrzyni otulić już zdążyła małego Olesia w kołdry, a futra i samej do drogi się zebrać.
Podczas przed pałacem zabrzęczały janczary.
Pani Walewska odziała się w salopę, obuła nogi w ciepłe ciżmy, bardzo uważnie wysłuchała relacji Domagalskiego, że choć do Łowicza droga utarta, lecz dla pewności foryś pojedzie przodem konno, żeby w zaspie nie ugrzęznąć, poczem wzięła raz jeszcze list księżnej do rąk, spojrzała na dopisek i uśmiechnęła się.
— Więc już wszystko? — zagadnęła ochmistrzyni.
— Tak! Konie czekają! Można znieść Olesia!
— Trzeba! Idę za wami!
Pani Walewska obejrzała się dookoła, jakby upatrując, czy by czego nie zapomniała i znów spostrzegła list. I jeszcze raz okiem rzuciła na bon mot — wreszcie złożyła list, schowała w zanadrze i zaczęła iść ku drzwiom.
Pani Walewska szła i zastanawiała się.
— Pojedzie! Musi jechać, musi go zobaczyć, musi przy nim stanąć. Jedzie, bo się chce przekonać, że to fałsz nad fałsze, kłamstwo, nikczemna intryga! Tak, bo on może tylko zwyciężać, bo zwycięstwo jest jego życiem, jego prawem, jego przeznaczeniem! Nie masz takiej siły, któraby mu się oparła, nie masz takiej armji, której genjusz jegoby nie złamał, nie zgniótł, nie zmiażdżył, bo rozkazuje całemu światu, bo nikt nad niego nie jest potężniejszym, bo nie było dotąd dlań ani mórz, ani gór, ani przepaści, ani rzek, ani topieli,