Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/328

Ta strona została przepisana.


nych wrogów, porywających się do zapasów z tytanem. On pogląda zadumany — a usta jego już drżą słowami łaski, przebaczenia!...
Ponad siołem burza się zerwała! Zygzakami piorunów kraje chmury, wirami rozszalałego wichru spustoszenie sieje, niszczy, ognie roznieca, zatapia i pali, łamie, skręca, rozpłaszcza, szarpie, drze, na każdej piędzi ziemi pieczęć swą kładzie — żadnej nie da się zastanowić zaporze i dach zrywa i chatę druzgocze i gromnicę gasi... Aż ledwie odsunęła się, ledwie pioruny swe cofnęła, ledwie rąbek jaśniejszego nieba odsłoniła, już z wysokości firmamentu spogląda ku siołu smutny uśmiech, już błękitny obłoczek dobrem radby na sioło spłynąć, już promień słońca szuka, którą szczerbę najpierw zagoić, którą złamaną gałąź, który powalony kłos do życia wrócić!...
Tak samo i on, Napoleon!...
A ona idzie ku niemu, bierzy i patrzy, a jego triumfami oddycha, jego sławą się poi — i tak trwa po wsze czasy...
Służba pani Walewskiej z ochmistrzynią i Baptystą na czele długo czekała przy saniach na wyjście szambelanowej — aż wreszcie nie rozumiejąc, skąd po tym gwałcie takie nastało marudztwo, jęła nieznacznie ku komnatom pani się skradać, a wypatrywać, azali z tego nowy jaki rozkaz nie wypadnie. Te pierwsze rekonesanse nie przyniosły rezultatu. Dopiero ochmistrzyni, ośmielona grymasami Olesia, któremu coraz niewygodniej było w chustach i futrach, — wysiadła z sani, oddała dziecko piastunce, a sama udała się do komnat pani Walewskiej.
Komnaty świeciły pustką. Ochmistrzyni zajrzała tu i ówdzie, aż przypuszczając, iż szambelanowa jeszcze do medyków zeszła, zawróciła bocznym korytarzem ku części pałacu, zajętej przez pana Anastazego.
Zaledwie atoli ochmistrzyni przestąpiła próg saloniku,