Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/334

Ta strona została przepisana.


— W imię Ojca i syna... jedzie!...
— Kto? Co?!...
— Jedzie! A bodajś skisł! — zakrzyknął pan Bolimowski i, nie oglądając się na starościca, ruszył do sieni...
W tej samej chwili już i pana Łączyńskiego doszły dźwięki trąbki. Pan Paweł pojął alterację pocztmistrza i spojrzał ciekawie ku szybie.
Biel mrozu atoli pozwoliła mu jedynie zobaczyć cień poszóstnej karety, osadzonej na saniach i kilka niewyraźnych sylwetek.
Imć Łączyńskiego zdjęła ciekawość spojrzeć na podróżującego ministra. Narzucił tedy kożuszek, czapę wdział i ku drzwiom ruszył, gdy drzwi naraz się otworzyły z impetem. Do izby wszedł zamaszyście młody oficer, okutany granatowym płaszczem z nasuniętym na oczy kapeluszem stosowanym. Oficer wiódł po polsku gwałtowną rozprawę z panem Bolimowskim.
— Żadnych racji! Konie natychmiast!
— Trzy pary tylko mam — trzy pary!
— Do czarta! Departament zamówił...
— Aha, dla pana ministra!
— Właśnie dla hrabiego Caulaincourt...
— Trzy pary mam!
— Pięć trzeba! Sanie drugie lada chwila nadejdą!
— Muszą czekać! Muszą czekać! Przed wieczorem!
Oficer zadzwonił groźnie pałaszem.
— A ja acanowi powiadam, że muszą być... Przemocą wezmę, do miljon!...
— Wola wasza!
— Co wola?! Będziesz mi odpowiadał!? Marsz! Stój — czekaj! Jest tu kominek! Aha! Nakryć żywo ten stół!!... Dalej żywo! A konie za pół godziny żeby tu były!!...
Oficer machnął groźnie ręką i wybiegł z izby.