Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/336

Ta strona została przepisana.


się wygodnie, leżące na podłodze drewka brał i ogień podsycał, a węgielki rozpalone rozsuwał. Chudy zaś stał nieco odsunięty i jeno że od czasu do czasu ręce posiniałe ku ogniu wyciągał, pilnie bacząc, aby niczem nie zawadzić towarzyszowi.
Starościc pod ten czas oczu nie odrywał od nieznajomych, a całą swą skamieniałą, nieruchomą postawą, gorączkowem, a natężonem spojrzeniem, zapartym oddechem, sfałdowanem czołem — mówił, że dwaj przybysze byli dlań jakiemś dziwowiskiem, jakiemś okrutnem podobieństwem do tego, co imć panu Pawłowi musiało być bliskiem, co budziło w nim uśpione burze, co całem piekłem przeżytych chwil w niego biło.
Łączyński sięgnął ręką do czoła i tarł je, a poglądał, a oczom nie wierzył.
...Czyżby istnieć mogło tak okrutne podobieństwo? Czy śni? Czy na jawie majaczy!?... Lecz skądże on, tutaj, na tej zapadłej poczcie!? W tem przebraniu?! Lecz ta twarz wyrazista, te rysy, wzrost! Mówi! To głos jego — cesarza!? Napoleona!...
Fala krwi uderzyła Łączyńskiemu do głowy, wszystkiemi naraz komorami mózgu zatrzęsła, wszystkiemi goryczami trysnęła, całem przebytem życiem rozpostarła mu się.
...Tak, to był on! Ten, któremu się zaprzedał, którego czcił, za którego imieniem dziesiątek lat szedł krwawemi szlakami bitew, dla którego głód i chłód znosił bez szemrania, nad którego nikogo nie rozumiał większego, — a który mu tę okrutną, tę nieprzebolałą wyrządził krzywdę, który nie uszanował jego żołnierskiego ogniska, nie oszczędził ciszy rodzicowego dworku i zabrał mu ją, jedyną siosterkę, i zgasił w nim całą jasność niewymyślnych, braterskich sentymentów i na poniewierkę dał imię czyste, wiekami rzetelnego obywatelstwa zapracowane!