Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/347

Ta strona została przepisana.


Raz po raz z oficyn zamkowych wyciągały pojazdy, ładowne karoce, furgony i wózki i, przesunąwszy się lisim stępem pod pawilonem głównym, — pomykały ku Paryżowi...
Straże tu i ówdzie służbę odbywające, topniały, nikły także.
Gromadek ciekawych mieszkańców miasteczka, dzieci rozswywolonych, a zakradających się do głównego podjazdu, żołnierzów, chodzących luzem, a prezentujących bezkarnie swe mocno wyniszczone odzienie, także już nie stawało...
Fontainebleau, na wieść o podpisaniu abdykacji przez Napoleona, przeszło przez całą skalę uczuć, od rozpaczliwych protestów począwszy, aż na raptownem wyludnieniu skończywszy...
W Fontainebleau nie było już cesarza, — w Fontainebleau mieszkał już ktoś, czekający na ostatnie postanowienie, na rozkaz wyjazdu — w Paryżu zaś spodziewano się już lada dzień króla. Niech żyje Paryż — niech żyje król!
Wielka antykamera zamkowa świeciła pustką. Ławy paziów dworskich, wypełnione dawniej szczelnie przez kwiat młodzieży francuskiej, stały zasunięte w głąb nisz, miast pompatycznego huissier’a w kutym łańcuchu, stał grenadjer, wsparty na karabinie, a wejścia do galerji strzegł oficer w szwoleżerskim mundurze szefa szwadronu i pełnił równocześnie służbę i starszego prefekta pałacu i szambelana i oficera ordynansu.
Licha to była parada tej zamkowej antykamery, nawykłej do tłumu dworaków, do gromkich wywoływań nazwisk co najprzedniejszych, do przyglądania się, jak książęta udzielni, jak królowie wyczekują swej kolei, jak jeden wyraz pana tego zamku w pałąk zgina karki, promienne sieje uśmiechy lub bieli twarze lękiem, usta przejmuje drżeniem. Snać czuła to antykamera, bo, rada dniu pochmurnego kwietnia, kryła swe złocenia, cieniem otulała całą swoją