Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/354

Ta strona została przepisana.


Pani Walewska głowę w tył odchyliła i, zaparłszy się rękoma o stojący poza nią stół, poglądała w niemem osłupieniu na Bertranda.
Marszałek miął kapelusz a ku drzwiom zezował.
— Dokąd ja uznam za stosowne! — powtórzyła chropowatym szeptem pani Walewska i roześmiała się spazmatycznie. — Dokąd ja uznam!... Cha! Cha!...
— Pani szambelanowo, chciej rozważyć położenie... chciej... mieć wzgląd!... Cesarzowa bawi w Rambouillet z ojcem swym, cesarzem Franciszkiem austrjackim! Są dane, że całego wpływu swego używa na złagodzenie pewnych warunków!... Wprost wzruszające dowody przywiązania składa! Najjaśniejszy pan musi zachować formy... musi zważać!...
— On — zważać?!
— Ach, pani szambelanowo, doprawdy tak sądzisz pani porywczo, tak powierzchownie, tak nie chcesz pamiętać, że nie ty jedna cierpisz... że tron, że korona ma swoje nieubłagane prawa!...
Pani Walewska wodziła rękoma po swej twarzyczce, jakby szukając na niej zagubionej nagle myśli, jakby z pod czoła wyrwać pragnęła, jakąś zasłonę, która zmieszała jej źrenice, mgłami zasnuła patrzenie.
Bertrand ujął łagodnie rękę szambelanowej i do ust przycisnął.
— Mocy — siły! Spójrz na niego, a postrzeżesz pani, jak twój ból jest małym!... Cesarz najczulszemi słowy kazał panią pożegnać... i doręczyć ci tę karteczkę... Powieki mu drżały, gdy słowa te kreślił!... Biedny on — stokroć biedny!
— Biedny! — zaszemrały zbielałe usta pani Walewskiej.
— Każesz pani co powiedzieć od siebie? Każesz może list...
Szambelanowa potrząsnęła głową.
Marszałek pochwycił skwapliwie znaczenie tego ruchu.