Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/361

Ta strona została przepisana.

Dama, na widok Kossakowskiego, zaparła się o drzwiczki karety, nie odwracając głowy.
— Pani hrabina nas porzuca? — zapytał niespokojnie Kossakowski.
— Tak, generale! — odrzekła cicho hrabina, obciągając gęsty woal, który jej wiatr podrywał.
Kossakowski głos zniżył.
— Obawiam się, czy dobrze uczyniłem, zwracając się do pana Bassano, lecz Jerzmanowski i Wąsowicz byli świadkami...
— Z pewnością dobrze, panie generale! Zmieniłam postanowienie, pilna sprawa, muszę do Paryża! Dziękuję bardzo...
Hrabina odwróciła się i wyciągnęła do Kossakowskiego rękę, lecz ledwie okiem rzuciła w stronę generała, zachwiała się tak silnie, że Kossakowski pospieszył ją wesprzeć.
— Pani hrabino... pani coś jest... może osłabienie!? —
Naraz wiatr zerwał woal z twarzyczki hrabiny Lenoir... badał generał, czując kurczowy uścisk ręki hrabiny.
— Maryśka!! — ryknął za plecami generała potężny głos.
Kossakowski ledwie spostrzec zdołał, skąd głos ten pochodził, gdy imć pan Paweł do nóg pani Walewskiej przypadł i tulił już do siosterki swe pułkownickie łachmany.


XII.

Raz jeszcze na grzebienie górskie, opasujące elbijską zatokę Portoferraio, padły złote wstęgi słonecznych promieni, raz jeszcze błysnął hardo orzeł sztandaru, łopoczącego dumnie na bastjonie Stella, raz jeszcze kula ognista spojrzała pełnią swej tarczy ku wyłaniającym się z toni morskiej lądom, raz jeszcze zawisła nad garbami spienionych fal morskich, aż zapadła się w głębię.