Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/365

Ta strona została przepisana.


Grenadjer stuknął karabinem szarpnął wąsa i zawołał raźno.
— Do kroćset — Stećkowski!
— Krzeczkowski!
— Niechże sobie będzie Treczkowski, czekajno, jak wy to śpiewacie? Marsz, marsz!?
— Vraincourt... służba!...
— Morbleu! Niech sobie!... A toś mnie ucieszył!... Ba, mały kapral dopiero będzie kontent!... Upiję się, niech mnie djabli porwą! Patrzaj, a mnie aż podcinało dzisiaj, kiedy mnie Laborde, nasz adjutant, zawołał i kazał iść pod komendę waszego majora tego... „Jermanowski...“
— A cóż, nie podobał ci się!?
— Nie krzyw się, safandulo! Nie ujmuję mu, oficer dobry; w bitwie desperat, z małym kapralem w zażyłości!... Co tu zresztą gadać... gwardja także... ale to nie nasza broń! My piechota! Nasza rzecz stać, albo iść ławą... a wy, szwoleżerzy, zawierucha, wicher!... Do kroćset, braćmi sobie jesteśmy, ale... jak mi Laborde powiedział ordynans — struchlałem!... Bo co ja, piechur zakamieniały, mam do kawalerji... bez koni!... Ale kiedy mi powiadasz!... Morbleu, to... to gotówbym do was na rekruta przystąpić, byle... tego smarkacza nareszcie zobaczyć!... Chociaż, czy to nie bałamuctwo?!
— Hm! A może!
— No to do kroćset... ze mną będziesz miał do czynienia! — wybuchnął grenadjer. — Żart byłby za gruby!...
— Ja do niego nie mam także ochoty!
— A powiadasz!...
— To, com słyszał.
Vraincourt posmutniał.
— Mój kochany... jeżeli to tylko taka wieść koszarowa, to niema co gadać. Toć u nas w bataljonie jeszcze w czerwcu klęli się, że pani matka jedzie!...