Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/366

Ta strona została przepisana.


— Nasz major zapewniał!
— Majorby tam z wami rozprawiał!
— A cóż myślisz! — odrzekł dumnie szwoleżer. — Na mustrze, we froncie, na służbie rzecz inna... ale tak... jesteśmy sobie równi!...
— Słyszałem, słyszałem! — Do rzeczy, bratku!...
— Dziś sygnalizowano z Pianosy, że jedzie do nas młoda dama z czteroletnim synkiem!... Rozumiesz?!...
Grenadjer kiwnął tak energicznie głową, że aż mu bermyca na nos spadła.
— Któżby więc jechał?!... Co tu gadać... „Inconstant“... ruszył cichaczem na pełne morze!... Szelma Mariotti gotówby w Livorno całą eskadrę zaalarmować... I tu, na wyspie, jest dosyć oczu... więc tylko nas wyznaczono, żeby nie robić przed światem gwałtu!
— Pocóż tu, do kroćset, stoimy?...
— Major... nadejdzie... i ruszymy do Marciany... Wiesz... ten dworek!...
Grenadjer uderzył się pięścią w czoło.
— Morbleu! Człowiek tępieje na starość! Patrzaj go! A ja pojąć nie mogłem, na licha mu ten kojec w Marcianie!... Filut stary! Tylko... wiesz... kusa z nas warta honorowa!
— Ostrożność!...
— Może, może!... Ale zawsze! Austrjaczka niech sobie, ale... smyk! Nasz smyk!...
Szwoleżer chciał odpowiedzieć, gdy w tem rozległ się miarowy brzęk ostróg i szczęk wlokących się pałaszy.
— Baczność! — mruknął Krzeczkowski.
Dwa wysmukłe cienie oficerów zatrzymały się przed żołnierzami.
— Krzeczkowski! — rozległ się dźwięczny głos Jerzmanowskiego.
— Jestem, panie majorze!