Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/367

Ta strona została przepisana.


— Za mną, w drogę!
Szwoleżer z grenadjerem salutowali zamaszystym krokiem ruszyli za oficerami.
Jerzmanowski zawrócił wprost ku czerwieniejącemu w dali szczytowi Capanne. Przez pewien czas szli wszyscy w głuchem milczeniu, pilnie bacząc na wąską, a krętą ścieżkę, wijącą się po falistym gruncie, wspinającą się tu i owdzie na góry, skradającą się pod konarami platanów, magnolji i fig, to znów biegnącą nad urwistymi brzegami wartkich strumieni. Dopiero, gdy z poza wzgórza znów wychyliła się toń morska, a monotonny poszum fali zagłuszył szepty cyprysów — major odezwał się cicho do towarzyszącego mu oficera.
— Dochodzimy do Procchio!...
— Za pół godziny będziemy w Marcianie!
— Obawiam się, kapitanie, żebyśmy się nie spóźnili!...
— Marszałek mówił, że najwcześniej zdążą na godzinę dziesiątą!
— Prawda, lecz rozmaicie mogło wypaść!
— Z Pianosy tulaj dobre trzy godziny drogi... a przytem morze dziś nie najlepsze!
— Daj go katu, jeszcze go nigdy spokojnem nie widziałem!
— Prąd się rwie, między wyspami bywa tak wszędzie!
— Mała stąd pociecha!... Pośpieszajmy!... Marszałek nie mówił wyraźnie, leczbym szyję dał, że cesarz nadjedzie!... A trzebaby tam może i w Marcianie ład zaprowadzić!...
— Koch z Fiutowskim dadzą sobie radę!
— Pewnie, pewnie... ale pewniej być na miejscu!
Jerzmanowski podwoił kroku, idący z nim kapitan poszedł za jego przykładem. Żołnierze odstali nieco.
Vraincourt, korzystając z okazji, mruknął do Krzeczkowskiego.