Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/368

Ta strona została przepisana.


— Sam djabeł nie zrozumie waszego zakazanego języka!...
— Francuski djabeł pewnie!
— Cóż mówił?!...
— Że może cesarz nadciągnie!
— No, ja myślę, przecież się to malcowi należy!... Zanim Vraincourt zdołał dokończyć zdania, tuż za plecami posłyszał lekki odgłos kopyt końskich.
— Masz go już! — szepnął do Krzeczkowskiego. Szwoleżer chciał się obejrzeć, lecz mały konik górski już był dopadł żołnierzy.
Vraincourt i Krzeczkowski rozstąpili się i sprezentowali broń.
— Co tu robicie?! — dał się słyszeć stalowy głos Napoleona.
— Idziemy oglądać małe kapralątko! — odrzekł raźno grenadjer.
Cesarz zdarł konia.
— To ty, stary zrzędo!?... I cóż się tak wleczesz!?...
— Bo się boję, czy mnie do sadzenia sałaty nie napędzą!
— Nic — nic, stary!... Jesteśmy wszyscy na urlopie!
— Myślałem, najjaśniejszy panie, że nam dali dymisję! Napoleon zaciął usta i odwrócił się do szwoleżera:
— A tobie jak się zdaje?!...
Krzeczkowski wyprostował się, jak struna...
— Że... urlop nasz już się kończy!...
— Widzisz, Vraincourt, ten ci odpowiedział!... No, chodźcie!...
Cesarz ruszył stępa — żołnierze postępowali za nim. Po małym przestanku Napoleon zwrócił się znów do Vraincourta.
— Tyś żonaty!?...
— Wdowiec, najjaśniejszy panie!
— A dzieci masz?!