Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/369

Ta strona została przepisana.


— Mam syna.
— Gdzież się podziewa?!...
— Powinien... by dziś przyjechać do Marciany!
W kilka chwil później cesarz wchodził do maleńkiego dworku, przytulonego do podnóża Capanne, a ledwie jednym rogiem kamiennego zrębu wyzierającego z pod stuletnich kasztanów ku otwartej zatoce. Kompanja szwoleżerów trzymała wartę w pobliżu.
Napoleon zamienił kilka wyrazów z Jerzmanowskim, przebiegł maleńkie izdebki dworku, jakby chcąc się przekonać, czy wszystko jest na właściwem miejscu i wyszedł ku zatoce, niespokojnie spoglądając ku szumiącym falom. W zatoce dwie łodzie krążyły gorączkowo, zataczając wielkie koła.
Jerzmanowski z kapitanem Balińskim zajęli miejsce na wrzynającym się w morze skalistym cyplu.
Bonaparte się niecierpliwił. Daremnie przykładał do oka lunetę, daremnie chciał mgły horyzontu przeniknąć, całuny nocy przejrzeć — bezmiar wód bił smutkiem, pustką.
Nagle z łodzi krążących w zatoce wionęły białe flagi.
Jerzmanowski jak strzała zerwał się ze skały i do Napoleona dopadł.
— Jadą, najjaśniejszy panie!...
Bonaparte drgnął i jął znów lunetą przezierać horyzont.
Tymczasem, na tle wysrebrzonym światłem księżyca fal, ukazał się czarny, ledwie dostrzegalny punkcik, za punkcikiem tym niebawem pojawiła się ciemna plama... za nią trzy inne jeszcze...
— Jerzmanowski, czy mnie wzrok nie myli!?
— Jadą najjaśniejszy panie!
— Ale kto!? — przerwał niecierpliwie cesarz.
Major milczał, wpatrując się w ciemne punkty, wreszcie zakomenderował sucho.