Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/370

Ta strona została przepisana.


— Kapitanie Baliński! Ściągnąć jedną łódź... szwoleżerowie na morze!...
Bonaparte żachnął się.
— Co ci w głowie?!...
— Najjaśniejszy panie, pościg! Widzę doskonale... przodem barka pod żaglem rwie ku nam... za nią nasz „Inconstant“... a w tyle trzy okręty... gonią ich!...
— Masz słuszność! — przyznał głucho Napoleon. — Rozbójnicy!... Gdybym miał tu jedną armatę!... Wezwać łodzie... pójdziemy wszyscy...
Baliński zdołał sygnałami wezwać krążące w zatoce łodzie, aby do brzegu przybijały. Szwoleżerowie opatrywali zamki karabinków.
Na pełnem morzu tymczasem szalona odbywała się gonitwa. Wątła barka rozwiniętymi żaglami i prężącemi się zajadle wiosłami pruła fale, dążąc ku brzegowi. Poza nią mocna korweta elbijska, pod flagą cesarską, opisywała szerokie łuki, jakby chcąc drogę zagrodzić następującym całą siłą żagli krzyżowcom. Zdawało się, że lada chwila krzyżowce wysuną się na czoło i dogonią barkę, korweta atoli czuwała. Kiedy krzyżowce miały już ją wyminąć, zatoczyła się i, wyszczerzając stalowe paszcze, plunęła gradem kul, skierowanych tak, że skotłowały, skłębiły wodne szlaki krzyżowcom, mówiąc: — poza tą linją — bitwa!
Krzyżowce zatrzymały się oszołomione śmiałością korwety. Kapitańskie tuby ozwały się ponuro, na masztach zawisły latarnie, zaczęła się rozmowa. A barka mknęła bez wytchnienia, coraz śmielej wychylając swój mięsisty kadłub, coraz szybciej sunąc po słabnącem w zatoce morzu.
Jeszcze chwila niepokoju i dwie łodzie gromkim okrzykiem powitały barkę.
Bonaparte stał na brzegu i czekał, gorączkowo spoglądając ku wychylającym się z barki cieniom, a gdy nakoniec