Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/378

Ta strona została przepisana.


Grenadjer wykrzywił się jeszcze pocieszniej, chłopiec wybuchnął serdecznym śmiechem.
Vraincourt zatrząsł się z oburzenia.
— Smyk taki! Pokraka! Przybłęda! Śmieje się!... Chodź tu, chodź bliżej... dam prztyka i uszu nakręcę!... Chodź, albinosie, chodź!!...
Malec zachęcony zdradzieckiem kiwaniem zbliżył się śmiało do grenadjera, a zobaczywszy leżącego na ziemi konia drewnianego, podniósł go z zachwytem.
Vraincourt wyrwał mu ze złością zabawkę i precz odrzucił. Malec skrzywił się, łzy trysnęły mu z oczu.
— Do kroćset... smyku... nie śpiewaj mi!... No... no... dosyć!... Cicho... Nie piszcz!... Czego piszczysz!?... Myślisz, że stara gwardja będzie ci konie strugała? A to skaranie z bębnem!... Więc naści... naści konia... udław się nim!... Tylko mi nie skrzecz...
Chłopiec jednak, mimo zwrócenia mu odebranego konia, tulił twarzyczkę i wciąż łzami się zalewał. Vraincourt był w rozpaczy.
Głaskał malca, uspokajał, zagadywał doń, gwizdał, udawał trąbkę na nosie, huśtał i ani rusz uciszyć go nie mógł. Łzy jak groch spływały po różowej buzi dziecka, mimo, że grenadjer ocierał je i dłonią, i rękawem, i połą munduru.
Złość Vraincouta zwróciła się przeciw niemu samemu.
— Stare pudło!... Dzieciaka drażnić!... Zrobił ci co? Robak taki, ledwie żyje!... Biedactwo!.... Bodaj mnie!... Hop-sa-sa! Bum-bum!... Idzie gwardja!? Tra-ta-ta!... Czekaj!... Chcesz, smyku, na barana!?... Wchodź na barana!...
Vraincourt zarzucił sobie chłopca na ramiona i, oparłszy się na rękach, jął pełznąć po murawie.
Malcowi ten pomysł przypadł do gustu. Ostatni spazm płaczu rozpłynął się w serdecznym uśmiechu.
Grenadjer był dumny ze swego pomysłu, a chcąc wynagro-