Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/382

Ta strona została przepisana.


samym nosem strażniczej korwety! Widzisz stary! Zbrakło ci rezonu!
Sire! nie wątpiłem ani chwili — ozwał się ze szczerem ukontentowaniem Drouot, lecz nie zdołał dokończyć zdania, gdy do drzwi bocznych pokoju zapukano zlekka.
— Pewno Bertrand! Proszę! — rozkazał cesarz.
Na progu ukazał się oficer ordynansu.
— Co to — czego?!
— Pułkownik Campbell przyjechał z Portoferraio i prosi o posłuchanie! — zameldował oficer.
Drouot pobladł. Napoleon zasunął głębiej rękę za zapięcie mundura.
— Campbell tu, w Marcianie? Do licha! Balbi mi się spisał! Na prześpiegi przyjechał! Cóż! Wprowadzić pułkownika!
Ordynans wyszedł.
Drouot podniósł się i pośpiesznie zaczął składać papiery i do skórzanych, pod stołem leżących, tek chować.
Cesarz przechadzał się z oznakami zniecierpliwienia.
— Pułkownik musiał coś pochwycić w Portoferraio!
— Niechby sobie chwytał, co chciał, ale że go Balbi puścił! że mu nie przeszkodził! Konceptu mu brakło!... Trzy razy przypominałem mu, aby Campbella strzegł! A Campbell tu!
— Pułkownik Campbell! — zameldował od progu oficer ordynansu.
Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w mundurze pułkownika angielskiego, skłonił się z uszanowaniem cesarzowi, skinął przyjaźnie generałowi Drouot i przybrał ugrzecznioną, lecz pewną siebie, postawę.
— Witam pana, witam! — rzekł porywczo Napoleon. — Nie spodziewałem się tu pana!
Sire, proszę mi darować, obowiązki służbowe zniewoliły mnie...
— Do zakłócenia mi kilkodniowego wypocznienia, któ-