Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/383

Ta strona została przepisana.


rego w tem ustroniu chciałem zakosztować! — odparł cierpko Napoleon, lecz, spojrzawszy na zafrasowaną raczej, niż pomieszaną twarz angielskiego pułkownika, dodał spokojniej: — Musisz mieć, panie komisarzu, nielada sprawę!
— Tak jest, sire!
— Więc proszę, słucham! Mów prędko, bo zbiera się na deszcz — a tu, doprawdy, nie miałbym gdzie pana ulokować!...
Campbell uśmiechnął się lekko.
— Ach, to mniejsza! Lecz, czy wasza cesarska mość pozwoli...
— Idzie panu o Drouota! Możesz mówić śmiało!
— Tak, ale jednak...
Generał podniósł się i wyszedł na palcach z pokoju.
Cesarz wzruszył ramionami, a gdy drzwi się za Drouotem zamknęły, rzekł rozkazująco.
— Mów pan, byle krótko! Wiesz doskonale, pułkowniku, że cenię w tobie nieraz miłego kompana, ale znieść nie mogę niespodziewanych twoich odwiedzin!
— Obowiązki moje, sire!
— Załatw-że je prędzej, bo zaczynasz być pan nudnym!
— A więc, najjaśniejszy panie, powziąłem wiadomość...
— Powiedz pan: — doniósł mi jeden z moich szpiegów!
— Skoro mam być dokładny — więc kapitan fregaty! Otóż doniósł o zajściu, jakie wydarzyło się na morzu pod Marcianą i wylądowaniu damy z synkiem!
— I cóż więcej?!
— A następnie o przeprowadzeniu barki do Porto Longone!
— I jeszcze!?
— Nic nadto, sire!
— To niewiele! — uciął Napoleon. — Myślałem, że masz coś ciekawszego do powiedzenia.