Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/384

Ta strona została przepisana.


— Do powiedzenia — nie, lecz do usłyszenia!
— Jak to mam rozumieć!?
— Przecież to jasne, sire!
— Ale tylko dla pana! Nie, pułkowniku, nie sil się na dyplomację, bo ani mnie, ani tobie z nią nie wygodnie! Po żołniersku mi powiedz, jak to umiesz!
— Skoro każesz, sire! Otóż, powziąwszy wiadomość, że tu, w Marcianie, wylądowała nieznana nikomu dama z synkiem, nabrałem przekonania, że wasza cesarska mość będzie potrzebował mej obecności, że wasza cesarska mość będzie życzył sobie zawiadomić mnie osobiście...
Cesarz spojrzał ze zdumieniem na Campbella, ani trochę nie zrozumiawszy ukrytej intencji w słowach komisarza rządu angielskiego...
— Mój pułkowniku, chyba spostrzegłeś, iż nie mam nic do powiedzenia!
Campbell skłonił się.
— W takim razie, najjaśniejszy panie, pozwolę sobie na odwagę upomnienia się o to szczęście, abym mógł być przedstawionym najjaśniejszej pani i najjaśniejszemu królowi Rzymu.
Ten wywód tak zaskoczył cesarza, że ten aż zawartość trzymanej w ręku, a rozwartej tabakierki na ziemię wysypał.
— Co — pan — przedstawionym?! Najjaśniejszej pani!?
— Tak jest, która wczoraj raczyła przybyć...
Napoleon uśmiechnął się sarkastycznie.
— A! O to ci idzie, pułkowniku!
Campbell skłonił się z powagą.
— Imieniem rządu, który mam zaszczyt reprezentować, pragnąłbym powitać!...
— Owszem, owszem — pozwól ze mną! Przedstawię pana natychmiast!... Natychmiast!...