Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/390

Ta strona została przepisana.


— Dobrze moje dziecko! Ryzykuj, może cię nie ruszą, trzeba unikać popłochu!...
Cesarz się zamyślił.
Pani Walewska siedziała na krześle, zapatrzona w zielony abażur, okalający świecznik. Twarzyczka szambelanowej najmniejszego nie zdradzała wzruszenia.
— Czy ty dawno znasz Campbella? — zapytał raptownie Napoleon.
— Poznałam go w Wiedniu, przed dwoma laty!
— Hm! Bo... on jest komisarzem angielskim! Jego rekomendacja uchroniłaby cię od wszelkich podejrzeń!...
— Tak!?
— Z pewnością! Lubię go nawet, bo to z gruntu porządny człowiek! Hm! Mnie, to jest na moje przedstawienie, takiej rekomendacji dać mu nie wolno, równałoby się zdradzie stanu! Ale tobie!... Uważasz, tybyś mogła, Campbell bodaj, ile słyszałem, sam ci się ofiarował! Jesteś kobietą i, sapristi, tak piękną, że nie takiemu byłabyś zdolną wytłumaczyć!... No, i nielada sądu trzeba, żeby skazać tego, ktoby tobie uległ!... Bo gdzie myśleć o oporze!...
Napoleon, uczuwszy na sobie spojrzenie oczu pani Walewskiej, ostygł nieco i dodał sentymentalnie.
— Mnie samemu nie tak łatwo doradzać ci coś podobnego! Lecz oto właśnie jest życie, czasem trzeba sobie zadać przymus, trzeba stłumić niejedno uczucie!... Zresztą wam, kobietom, wolno do tej broni się uciekać! Marjo, droga Marjo! Zgaduję twoją wrażliwość, lecz naprawdę do niczego cię to nie będzie obowiązywało! Ta jedna nowina, że twój mąż umarł, już może starczyć, aby ci Campbell dał list żelazny bodaj do Londynu! Jedno spojrzenie twych cudnych oczu tyle zdolnem jest obiecać! Ach, chyba ja najsprawiedliwszym mogę być sędzią! Nie wiem, moje dziecko, czyś dobrze pojęła...