Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/393

Ta strona została przepisana.


Sire, leje jak z cebra!
— O — och! Znalazłeś porównanie!
— Każę płaszcz podać!
— Co ci w głowie! Taki deszcz sobie!... Czy te drzwi na taras otwarte!? Albo nie — chodźmy tędy! Idziesz ze mną!
— Jestem na rozkazy! — odrzekł pośpiesznie generał i, porwawszy za kapelusz, wyszedł za cesarzem.
Napoleon zmierzał szybko do wyjścia przed pałacyk, lecz, zanim drzwi ostatnich dosięgnął, uczuł raptownie, że brodzi w wodzie. Ciemń nie pozwalała rozeznać dobrze, skąd się woda tu wdarła.
Drouot wprawdzie pośpieszył zauważyć, iż to ulewa pozwoliła sobie na tę śmiałość, lecz Napoleon ofuknął generała.
— Skąd ci się to przyśniło! Poprostu ktoś rozlał wodę!... I nic więcej!
Dopiero, kiedy na progu wyjścia fala dżdżu powitała wychodzących, cesarz raptownie się zawahał.
— Istotnie pada!
— Jakby oberwanie chmury!...
— Tu powinien stać wózek dla pani szambelanowej!
— Noc — nie widać! Hej! Jest tu kto!?...
— Jestem — ozwał się niewyraźny głos.
— Czemu nie zajeżdżasz!! — zgromił energicznie cesarz.
— Zjechałem między drzewa!...
— Zajeżdżaj! — rozkazał cesarz.
Drouot pośpieszył z uwagą.
— Najjaśniejszy pan życzy sobie jechać do San Martino!? Teraz!... Na tę pogodę!...
— I cóż w tem znalazłbyś dziwnego!?
— Jeżeli mi wolno, najjaśniejszy panie, pozwoliłbym sobie zwrócić uwagę, że droga, wijąca się śród gór, nie jest bezpieczna w taką ciemń, a nadto ulewa mogła podmyć!...