Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/399

Ta strona została przepisana.


mu przy spotkaniu nie wspominajcie Walewskiej, będzie miał aż za wiele własnych wyrzutów sumienia!
— Czy aż taki?
— Bertrand, nie bądź taki ciekawy!
— Anibym się ważył!
Cesarz uśmiechnął się.
— I nie próbój nawet się domyślać! Poczciwy Anglik ani się spodział, jak wpadł w sidła! Do śmierci będzie sobie wyrzuty czynił! No, moi kochani, pora nam pomyśleć wszystkim o spoczynku! Zapracowaliśmy nań rzetelnie, dwie noce bez snu prawie!... A co, cichnie, milknie!... Mówiłem, przeleci i po wszystkiem!... Drouot, a ty czego tam wypatrujesz pod oknem! Burzy niema... pada jeszcze trochę...
— Tak, sire, ale...
Napoleon podsunął się niecierpliwie do generała.
— Cóż za ale!...
— Ten odgłos — odrzekł, cicho Drouot.
Bonaparte natężył słuch, z ostatnich odzewów oddalającej się nawałnicy dobywał się jakiś bliski, a nieprzebrzmiały szum.
— Hm?! Nie rozumiem!? Nic nadzwyczajnego!
— Morze, najjaśniejszy panie!
Cesarz zmarszczył się.
— Morze! Nie wydaje mi się! Burza za krótko trwała!
— A jednak ten szum...
Napoleon porwał za kapelusz i wyszedł pośpiesznie z komnatki.
Bertrand z Drouotem podążyli za cesarzem.
Bonaparte skręcił do sieni a stąd wprost przed dworek, od strony, gdzie stok wzgórza spadał ku morzu i tu wpił natężony wzrok w czarną, nieprzeniknioną płachtę nocy i czekał...
Dwakroć zaróżowiły się obłoki, skłębione swe ukazując