Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/403

Ta strona została przepisana.


czykach polegać. Owszem, sprawni są bardzo, ale nie mają doświadczenia! Choć ten twój dzisiejszy — to owszem! Pierwszy raz go widziałem, ale, jestem pewny, żeś dobrze wybrał...
— Starałem się...
— Wiem, niezawodnie — ale mi ich nie dawaj, chyba tego... tego Perés...
— Najjaśniejszy panie! — rozległ się od progu raźny głos Bertranda. — Morze się ucisza!
— A co mówiłem! więc polecenie wysłane — doskonale! Pora, moi panowie, pomyśleć o spoczynku! Pracowicie spędziliśmy te dwa dni ostatnie!...
Zawodne atoli były te wszystkie postrzeżenia o przeminięciu burzy, bo ledwie w oknach dworku Marciany pogasły światła, — od południo-zachodu nowe nadciągnęły chmury, — wicher zerwał się z nową siłą, jakby wypoczęty, a pierwszym swym atakiem zaprawiony, — skry niebieskie raz po raz jęły rzucać oślepiające łuny, a gromy przewalać się po obłokach i płomienne zygzaki piorunów rysować, a razić elbijskie skały, posadami gór targać, a brzegi napoleonowego królestwa rwać bałwanami.
Świt nadszedł ociężały, leniwy, mroczny, brzemienny jeszcze ołowiem chmur, pomrukujący gromami a sznurami dżdżu napełniający powietrze.
Cesarz na małym górskim koniku rwał drogą od Marciany do Portoferraio. Konik niebardzo był snać rad tej wczesnej wyprawie, — bo, choć w Portoferraio uśmiechała mu się i stajnia przestronna i wypoczynek niezawodny, zwalniał raz po raz biegu i zaczynał omijać kałuże, a wybierać na bokach co suchsze miejsca. Cesarz karcił nielitościwie każdą opieszałość taką, — konik podrywał się, kłusował, lecz po chwili znów próbował wyłamać się, wypowiedzieć posłuszeństwo.