Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/404

Ta strona została przepisana.


Pod Procchio jednak, kędy droga zwężała się raptownie i wspinać się zaczynała na wzgórze, a wić między drzewami, konik osiągnął przewagę.
Cesarz nie próbował go naglić, kłus był tu niemożliwy.
Napoleon puścił cugli. Konik potrząsnął łbem, nastawił uszy i, rozglądając się, zaczął się wlec noga za nogą. Tak doszedł do miejsca, gdzie, tuż pod domkiem elbijskiego osadnika, droga roztwierała się szerzej. Napoleon zebrał cugle i już miał szarpnąć niemi, gdy naraz wzrok jego padł na oficera, stojącego przed domkiem. Cesarz tak się zdumiał, że aż konia osadził.
Oficer powitał cesarza ukłonem.
— To pan? — Pan?! Panie Campbell!
— Do usług waszej cesarskiej mości! — odparł swobodnie komisarz angielski.
— Pan tu, w Procchio!?...
— Burza mnie zaskoczyła, sire! Od wczoraj tu pokutuję!
— Więc pan nie byłeś... nie wracałeś do Portoferraio?!
— Pomimo najszczerszych chęci...
— I nie widziałeś się z nikim?! Z nikim?!
— Czy się nie widziałem?! Owszem, sire! Przed godziną odstąpiłem noclegu poczciwemu Tailladowi, był przemoknięty do nitki!
— Co — Taillade jest tutaj — Taillade jest tutaj — Taillade, porucznik marynarki!
— Nie znam innego!
Cesarz zdarł tak gwałtownie konia, że ten aż się wspiął.
— Gdzież on jest?
— Śpi w tej chwili!
Napoleon zeskoczył z konia i, zarzuciwszy mu cugle na grzbiet, wpadł do domku, nie zważając na spoczywających jego mieszkańców.