Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/411

Ta strona została przepisana.


W sercu ludzkiem, na samem dnie jego, człowiek mogiły sypie rozbitym marzeniom, złamanym nadziejom, rojeniom, snom nieziszczonym, zmrożonym porywom i rad myślą na cmentarzysku tem przebywać i rad dla myśli swej, śród tych grobów, ożywczego szukać źródła i pić zeń... Aż, naraz zakrada się tu z ubocza ciekawość, płytka rachuba, powierzchowna trzeźwość i cmentarny kala spokój i chce dowodzić, że tu jeszcze czegoś niedopowiedziano, nieogarnięto, niestopiono w granitowych płytach nagrobków!
Do saloniku szambelanowej wsunął się na palcach stary Domagalski i zameldował półgłosem.
— Pan generał!
Pani Walewska potarła czoło, usiłując zrozumieć Domagalskiego.
— Kto taki?!
— A to, proszę paniusieczki, pan generał Ornano! Pytał się najpierw o pana Pawła... ale mu powiedziałem, że pan pułkownik dopiero na wieczór wróci z Brukseli...
— Więc poszedł...
Stary ręce na kolanach zaparł i mrugnął filuternie.
O, co do tego, to nie skory!! Gdzie!... Kazał się opowiedzieć do paniusieczki!
— Sama nie wiem — jestem niezdrowa...
Domagalski podniósł swe krzaczaste brwi.
— Toć pan generał, proszę paniusieczki! — zaoponował z wybuchem stary strzelec.
— Wiem, wiem, jest u Domagalskiego w łaskach!
— Et, — co mu by tam z moich łask przyszło, ale bo przecież pan generał... to choć Francuz, ale prawie jakby swój!
— Więc proś go, proś!
Domagalski mruknął coś pod nosem i podreptał ku