Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/417

Ta strona została przepisana.


— Nie, daj mi tak zostać!
Poza drzwiami, wiodącemi z saloniku do przedpokoju, rozległ się stukot i dźwięk rozmowy.
Pani Walewska poruszyła się niespokojnie.
— Generale — pozwól — ktoś nadchodzi!
— Nie mamże prawa klęczyć u twych stóp?
— Nieznośniku! — upomniała łagodnie szambelanowa — już się wyrywasz z oków przyjaźni, na którąś się deklarował?
— Ale pod warunkiem, że ja będę mógł kochać!
— Słyszę głos Pawła!
Ornano powstał i ucałował ręce szambelanowej.
— Pozwolisz, Marjo, że pochwalę się przed Pawłem?!...
Pani Walewska nie zdążyła odpowiedzieć, gdy naraz drzwi się raptownie otwarły i do saloniku wpadł jak wichura imć pan Paweł Łączyński.
— Bywajcie mi! Nowinę wam przywiozłem, wielką nowinę!...
— Co się stało?! — Co?!
Paweł odetchnął głęboko, zaczerpnął znów powietrza i wyrzucił gwałtownie.
— Cesarz w Paryżu!
Pani Walewska rozwarła szeroko oczy. Ornano pobladł.
— Cesarz — w Paryżu?! — zagadnęła cicho szambelanowa.
— Od wczoraj! wylądował przed tygodniem! Ney przeszedł do niego z całem wojskiem! Bez wystrzału wrócił do Tuileries! Bourboni uciekli!... Bruksela aż się trzęsie od zbiegów!! Ha! A mówiłem wam! Dość mu było ziemi francuskiej stopą tknąć, aby u nóg miał całą armję! Tak się stać musiało. Pędziłem tu jak wicher!... Widzisz generale, jeszcze i nasza kolej będzie! Cóżeście oniemieli, do miljon! Daj Maryśko buziaka! Dziś się pakujemy i na noc ruszamy do Paryża! Zamówiłem już konie na poczcie!...