Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/422

Ta strona została skorygowana.


— Czy pani hrabina już uprzedzona? — zagadnął cicho ksiądz.
— Sama żądała... — odrzekł mężczyzna.
Ksiądz wskazał na przyniesione z sobą zawiniątko.
— Niech mi pan hrabia wskaże jaką komnatkę.
— Proszę tu...
— Czy będzie komu posłużyć?!
Hrabia skinął głową w milczeniu i powiódł księdza na lewo, do zacisznego saloniku. Ksiądz jął komeżkę wdziewać, stułę nakładać, a puszeczki srebrne rozstawiać.
Hrabia wyszedł na chwilę i powrócił ze starym, skulonym we dwoje sługą...
Porozumienie nastąpiło szybko. Sługa ruszył przodem; — śród ciszy panującej w pałacyku rozległ się drżący głos dzwonka...
Hrabia odprowadził księdza do progu sąsiedniej komnaty, a sam zawrócił do obok położonego gabinetu.
W gabinecie, rozświetlonym ledwie blaskami idącemi z buchającego ogniem kominka, hrabia padł na fotel i twarz ukrył w dłoniach.
— Cóż?! — rozległo się naraz zapytanie w pobliżu hrabiego.
Hrabia odsłonił twarz, spojrzał ku siedzącemu nieopodal mężczyźnie i rzekł.
— Jest — przyjechał!
Mężczyzna stęknął i oczy wpił w głownie, gorejące na kominie.
Przez chwilę słychać było jeno trzask i prychanie iskier.
— Gdzie — Oleś?! — zapytał z kolei hrabia.
— Jest u księżnej!...
— A Corvisart?!
Miast odpowiedzi w głębi gabinetu rozległy się drobne, przyspieszone kroki, a w ślad za nimi zarysowała się niepe-