Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/46

Ta strona została przepisana.


otworzę! Chociaż i tu, zdaje się, niema chustek, znów puzderka!
— Jakto?!
— Druga kolja... szmaragdowa!...
— Chyba się pani zdaje!
Fryna jęła pospiesznie oglądać zawartość puzderek.
— Trzecia kolja z rubinów!... Djadem perłowy!... Boże! Jakie to bogactwa same... Kolczyki weneckie... a tu same bransolety... Kute!... aż się w oczach ćmi.. Pierścionki!... Flakony złote!...
Pani Walewska dźwignęła się na fotelu.
— Co pani? Nie może być!...
Czosnowska drżącemi rękoma roztwierała puzderka, nie słysząc napomnień szambelanowej.
— Jakież to misterne!... Taki ogromny brylant w zapince!... Szyldkret w złoto oprawny!... Topazy... Ach, co za kubeczki! Zwierciadło! Cała gotowalnia!... Jak żyję nie widziałam... skarb! I to pani wszystko ma... mój Boże, Boże!!...
Szambelanowa, poruszona słowami Fryny, zbliżyła się do skrzyneczek. Łuny drogich kamieni, złota i srebra uderzyły panią Walewskę.
— To nie moje! Skąd się to wzięło?...
— Wspaniałe, niezrównane! — Wyśnićbym równie pięknych nie umiała! Albo ten medaljon! Otwiera się... patrz pani... minjatura!
— Czyja, pozwól pani!
— Cesarz! Jakże pięknie oddany!... Proszę, zobacz pani sama!
Szambelanowa rzuciła okiem na minjaturę, Fryna nie zwróciła uwagi na pomieszanie pani Walewskiej i z gorączkową ciekawością pochyliła się nad pierwszą ze skrzynek. I tu zawartość puzderek była również bogata.
Czosnowska raz po raz wydawała okrzyki zachwytu.