Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/47

Ta strona została przepisana.


Białe, wypieszczone rączki Fryny drżały, twarzyczka jej wystroiła się w krwawe wypieki, oczy, szkliste zazwyczaj, rozogniły się.
— Skarby istne, zaczarowane! Nie miałam wyobrażenia o takich! Pozwól, że przymierzę te szafiry!... Idą mi? Prawda? Jaka pani musi być szczęśliwa!... Albo ten sygnet... A to chyba coś wschodniego... Może indyjskie?... Niech się pani na mnie nie gniewa, lecz nie mogę oczu oderwać! Na tej puszce srebrnej inicjały cesarskie!... O, i tu także!... Jakie misterne rzeźbienia — weneckie! Vaubanka ma podobną bransoletę, mówi, że wenecka, ale gdzie jej!...
Pani Walewska milczała.
Czosnowska, nasyciwszy się widokiem kosztowności załamała ręce, odetchnęła głęboko i rzekła tonem naiwnej zazdrości.
— Mój Boże, mój Boże... czego to pani nie ma!
Szambelanowa uśmiechnęła się smutnie.
— Wielkie dziecko z pani! Nie smuć się, bo to wszystko nie moje!
— Jakto, przecież kamerdyner mówił...
— Musi być pomyłka!
— Niepodobna!... Ja wiem, rozumiem! Cesarz przysłał Pani w darze...
— Mnie — cesarz? — zapytała głucho szambelanowa, czując, że słowa Fryny były potwierdzeniem jej własnego przeświadczenia.
— Z pewnością! — upierała się Czosnowska, a postrzegłszy leżącą na ziemi kartkę, podniosła ją do oczu i zakrzyknęła z triumfem: — Widzi pani! Mam dowód! Czytaj... „Najlepszej z najpiękniejszych śle oddany N.“...
— Nie może być! Nie może być!
— Tak, tak jest! Droga, kochana pani! Niech cię ucałuję! Jeszcze! Jaka pani szczęśliwa!!