Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/48

Ta strona została przepisana.


Pani Walewska z trudem uwolniła się od uścisków Czosnowskiej i powróciła chwiejnym krokiem na miejsce swe na fotelu. Fryne zaś ponownie dorwała się skrzynek.
— Niech mi pani wybaczy! Ja wszystko poukładam na miejscu!... Tak, jak było! Tylko choć jeszcze zobaczę... bo to takie piękne... takie piękne!... Żebym ja mieć mogła chociaż te dwa sznury pereł!... Albo ten jeden tylko zegarek!...
U drzwi w głębi komnaty rozległo się lekkie pukanie. Pani Walewska, pogrążona w myślach, nie słyszała go, Czosnowska głuszyła je okrzykami zachwytu. Pukanie rozległo się poraz drugi i trzeci, wreszcie drzwi otworzyły się cicho. Do komnaty wszedł książę Józef.
Książę wszedł niepostrzeżony prawie, zatrzymał się na środku komnaty, obrzucił bystrem spojrzeniem Frynę, poczem zbliżył się ku pani Walewskiej.
— Proszę darować śmiałość... lecz dowiedziawszy się przed chwilą, że pani szambelanowa jest gościem pałacu.... uważałem sobie za obowiązek...
Pani Walewska podniosła swe wielkie, ciemne oczy i rzekła cicho.
— Mości książę... mnie raczej wypadałoby przeprosić za inwazję!
— A to dlaczego? Jesteś pani gościem hrabiny — racz mnie uważać za sąsiada!...
— Będziesz na teatrze!? — ozwała się z boku Fryne, nie odrywając się od rozpatrywania klejnotów.
— Jadę tam właśnie! A pani szambelanowa?
Pani Walewska potrząsnęła głową.
— Nie, — zostaję!
— Szkoda! Widowisko będzie bardzo niezwykłe!
— Mój Pepi! — wmieszała się znów Czosnowska. — My tu mamy piękniejsze! Spojrzyj tylko na te szafiry! Albo na ten djadem!...