Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/57

Ta strona została przepisana.


szałku!... Zabrakło mi po temu odwagi, woli, śmiałości! Nic a nic... zupełnie...
— Zastanów się, waćpani, wszakże przed chwilą sama... oskarżałaś go...
— Bo chciałam się usprawiedliwić, chciałam wytłumaczyć, bo pragnęłam zbyć z głowy tę misję!
— Więc cała twa opowieść?...
— Była kłamstwem, zmyśleniem!... Nie przypuszczałam, że słowa moje będą miały taką wartość...
Marszałek spoglądał w osłupieniu na szambelanowę.
— I nie wspomniałaś mu nawet, nie pytałaś o nic?...
— Nie — nie! — szeptała przez zaciśnięte zęby pani Walewska.
— Czemuś więc przyrzekła, czemuś zwodziła? — badał coraz surowiej marszałek.
— Nie wiem!... Chciałam!... Nie pytaj mnie, mości marszałku!... Zapomnijcie o mnie, wykreślcie ze swoich rachub!...
Małachowski zaśmiał się szyderczo.
— Cha — cha! Powiadasz, że ci śmiałości nie starczyło, odwagi!... A na te... różne błyskotki masz dość i czoła i serca! Może nie miałaś kiedy mówić, boć na wyłudzenie takiego daru nielada czasu zużyłaś?
— Tak!
— Wzięłaś zapłatę i rozumiesz ją nadto hojną!
— Tak!
Marszałek wyprostował się.
— Daruj, acani, moją pomyłkę! cenię twoją szczerość, jeżeli będziesz w potrzebie, możesz zażądać odemnie, abym fatygę twoją dukatami wyliczył!!
Pani Walewska zaczerpnęła powietrza, chciała coś rzec, chciała bronić się, odeprzeć rzuconą jej obelgę, lecz Małachowskiego już nie było w komnacie.
Szambelanowę opanował wybuch szału. Dopadła skrzy-