Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/66

Ta strona została przepisana.


panij, miała sporo i wychowańców szkól wojskowych niemieckich, miała cały szereg ustalonej sławy dowódców, miała pomoc serdeczną marszałka Lefebvra, miała rycerską szlachtę wielkopolską — tego jednak było za mało, aby w trzy miesiące stworzyć siłę, mogącą potykać się z karnym żołnierzem Fryderyka Wielkiego, z zastępami, które chrzest wzięły pod Austerlitzem, Jeną, Auerstaedtem, które Napoleonowi zagroziły na polach Iławy.
Legja ginęła od kul, marła z głodu, padała ze znużenia, z zimna, z niewytrwania. Lecz tak topniejąc, zczezając w oczach, porzucając za sobą dziesiątki schorowanych, wyczerpanych, rannych i poległych, równocześnie tężała w sobie, stawała się jakimś rdzeniem stalowym, jakąś masą niepożytej woli, nie znającą przeszkód, jakiegoś hartu niepojętego wyrazem.
Ponura noc lutowa kołysała do snu zwycięzców pod Tczewem, kołysała nadzieją cesarskiej pochwały, cesarskich krzyżów, cesarskich przyrzeczeń.
Ognie szerokiego obozowiska gasły, coraz słabiej podsycane, już tylko w pobliżu chaty, zajmowanej przez sztab i dowódzcę niejakie jeszcze panowało ożywienie. Tam gromadka oficerów ochoczo prowadziła gawędkę, wspominając wypadki stoczonej bitwy i skwapliwie cisnąc się ku chacie, ilekroć razy we drzwiach ukazywał się mundur adjutanta lub powracający oficer.
Wówczas budziło się zaciekawienie, a z niem razem padały gorączkowe zapytania.
— Jakże!? Co powiada chirurg!
Adjutant lub oficer najczęściej wzruszali ramionami na znak swej nieświadomości i nikli w głębi obozu.
W gromadce po takiej odpowiedzi zalegała cisza.
Chyliły się głowy, szły z piersi westchnienia, aż dopóki