Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/68

Ta strona została przepisana.


byłeś podany do awansu i dowodziłeś kompanją, kiedy ja porucznikowałem jeszcze w pierwszym bataljonie Białowiejskiego! A przecież trzy razy ciebie podawano!
— To i cóż z tego? — mruknął niechętnie Łączyński.
— Nadewszystko żeś mazgaj! — wmieszał się porywczo major. — Chłusowicz ma rację! Jesteś mu ze swojem porucznikowstwem wyrzutem sumienia! Nigdy nie umiałeś za sobą przemówić! Polegasz na zapewnieniach sztabu, polegasz na słowach i tak śród najlepszych przyjaciół psy zająca jedzą!
— Nieszczęścia niema! Niech sobie, nie dla rangi...
— Nie pleć, bo jakżem Kąsinowski, zezwę cię chyba! Innych tu niema między nami, lecz co się komu należy, o to dbać powinien! A jeszcze teraz, lada ochotnik co bogatszy, co się ze szwadronikiem wolontarzy zjawi, już o instrument pułkownikowski skamle! Śmiechu warte, żebyś waćpan, stary żołnierz, oficer, co lata prochem się dławił, był sobie podkomendnym imć pana Gliszczyńskiego, co się sam rotmistrzem swej gromady nominować raczy!...
— Imć Gliszczyński człek zacny!
— Alboż neguję mu cnót?! Zaprzeczam jeno żołnierskiego rzemiosła, bo go nie miał okazji tak, jak waćpan, przetrawić!
— Święte słowa majora! — zaczął z kolei Chłusowicz, ładując zgrabiałemi rękoma tytoń do fajeczki. — I niech mnie zwali, jeżeli dam stąd waszmości się ruszyć!
Łączyński się zafrasował.
— Łatwo się powiada, a mnie niesporo! Generał chory, toć sposobności niema...
— Właśnie jest — zdobyłeś armatę!
— Zagwożdżoną! A nadto generał i tak mi kapitaństwo przyrzekł i komendę dał!
Kąsinowski odsapnął z takim impetem, jakby kłębami pary, które mu trysły, chciał ogień zagasić.
— Z acanem cierpliwość można stracić! O cóż idzie, nie