Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/70

Ta strona została przepisana.


Kolejka raz i drugi obeszła. Kąsinowski zajrzał pod światło do manierki.
— Jeszcze dna nie widać, ale dalipan bierz, kapitanie, i chowaj za pazuchę, bo kto wie, co jutro! Podobno nawet zapasy imć pana Mielżyńskiego wyschły! Od dwóch dni jakoś zaniechał zaprosin!
— Aksamitowski, mówili, ma furgony z pod Bydgoszczy przyprowadzić!
— Nie licz na nie, panie Pawle! Daj Boże, aby nam ze dwie baryłki prochu przywiózł, a bodaj dla swego żołnierza miał ładunków zadość!
— Pułkownik! — ozwał się raptownie Łączyński zrywając się na równe nogi.
Kąsinowski i Chłusowski poszli za przykładem porucznika.
Od strony chaty ukazała się wysoka postać oficera okutanego w płaszcz.
— Kto na inspekcji obozu?! — zagadnął pułkownik.
— Kapitan drugiego regimentu piechoty Chłusowicz! — odpowiedział raźno głos od ogniska.
— Nie ma tu majora Kąsinowskiego?!... A toś waszmość! Wybornie! I mości Łączyński! Ja do was! Patrzcież, wziąłem od Pakosza raport, aby wam go pokazać! Chodźcie do ognia! O, tu, w tem miejscu!... Czytajcie! Odznaczyli się szczególniej — tu! Paweł Łączyński, porucznik pierwszej klasy, oficer legji włoskiej, ostatnio z korpusu marszałka Davoust na instruktora odkomenderowany, od lat siedmiu trzykrotnie do awansu podawany, wykonał dziś szarżę ze szwadronem na baterję, sam zdobył jedno działo, — przedstawia się do awansu i nagrody!... Macie więc! Chyba dosyć!
Major uścisnął z całą serdecznością rękę pułkownika.
— Bóg zapłać! Dalipan należała mu się ta rekomendacja!
— Mocno obligowany panu pułkownikowi! — ozwał się z boku Łączyński z lekkim uśmiechem.