Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/72

Ta strona została przepisana.


w okap nad kominem drzazga, rzucała niepewne światło i zaprosił towarzyszów do jadła.
Major i porucznik nie dali się prosić.
Przez chwilę panowało milczenie, przerywane stukotem drewnianych łyżek i trzaskiem palącej się drzazgi.
Wreszcie pułkownik odsapnął, otarł miotlaste wąsy i płaszcz z ramion poza siebie odrzucił.
— Duszno! Wam radzę to samo uczynić!
— Grzeje tutaj aż dziw! Tuby trzeba było bataljonik rozłożyć, strasznie mi marzną nieboraki!
— Wybrałbyś się, majorze, z pomysłem! Toć całe pogorzelisko musiałem strażą obstawić, bo mi się na węgle rozpalone prawie kłaść chcieli, do jutra toby żaden chyba nie wstał!
Z kąta izby odpowiedział pułkownikowi jakiś jęk, major poruszył się niespokojnie. Pułkownik uśmiechnął się dobrotliwie.
— Nic tam, kilku biedactwa zaprosiło się na nocowanie! Może rano Valentini czas znajdzie ich opatrzeć.
— A generał — jakże generał?!
Pułkownik zachmurzył się i głos zniżył:
— Jest źle!... Rana ciężka! Valentini głową kręci! A przytem z panem Janem gorzej! Podobno jest obawa, czy kaleką nie zostanie! Nie daj Boże! Generała to dręczy okrutnie, jedyny syn!...
— Strach pomyśleć!
— Bez Dąbrowskiego zostać!
— Nie daje się, zęby ściska i rozkazy dyktuje, lecz go już gorączka pali! Gielgud jutro ma tymczasem dowództwo wziąć! Generał Aksamitowskiego by wolał!... Może co się odmieni!... Marszałek Lefèbvre znów pod Gdańsk wzywa, oblężenie już zaczęte! Generał chciał dziś jeszcze ruszać, ledwieśmy odmówili! Żołnierz zmordowany, droga do Gdańska ogło-