Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/75

Ta strona została przepisana.


— Lecz skądże cesarski kurjer!? Toć powinienby oficer ze sztabu! Ordynans od ministra, lecz nie kurjer!... Idźmy! Może po drodze dowiemy się czego!
Major z porucznikiem wyszli przed chatę i skręcili w stronę kwatery sztabu.
— Trzymaj się mnie, bo choć oko wykól, nic nie widzę! Znów mi ślepota dokucza!
— Toć chyba na wytchnienie pora najdzie! Nic! Dziś nocy nie zmarnowaliśmy! Masz u mnie parę epoletów! A jak przyjdzie nominacja, to bierz djabli, spiję się chyba razem z tobą!
— Anim wart tego serca, panie majorze! I Bóg mi świadkiem, że nie krzywdowałem sobie zapomnienia o mnie, jeno teraz, kiedy do dom wracać przyszło, zdjął mnie wstyd! Coś ze sześć lat będzie, gdym zapowiedział swój awans! Myślałem, inni tam buljonów akselbantów, a krzyżów doszli — a ja — niby najgorszy — nawet stopnia przyrzeczonego nie odebrałem.
— Masz go już ani chybi! Czekaj — Chłusowicz idzie! Hej! Kapitanie!
— Pan major?! Jest Łączyński!?
— Jestem!
— Do generała natychmiast!
— Masz djable kaftan! — rzucił przez zęby Kąsinowski. — Znów pewno służbowy porządek wykręcili!
— Nie wiem, panie majorze, lecz coś mi się nie zdaje! — objaśnił Chłusowicz. — Cedrowski wpadł do mnie z cesarskim papierem, coś tam jest o was! Dobrze nie zrozumiałem, bo pułkownik był jakiś wzburzony!
— O mnie!? — zagadnął niepewnie Łączyński.
— Ruszaj że prędzej! Czekam na waćpana!
Łączyński poszedł za Chłusowiczem, do chaty, zajmowanej przez sztab i generałów.