Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/76

Ta strona została przepisana.


W pierwszej izbie rozległego czworaka, kędy za dwoma stołami, siedzieli nad papierami adjutanci, Chłusowicz zatrzymał porucznika, a sam poszedł do drugiej izby.
Łączyński pozdrowił adjutantów, którzy ledwie mruknięciem raczyli mu odpowiedzieć i cofnął się w róg izby do komina, buchającego żywym płomieniem.
— Ciepło tu u waszmościów! — zauważył cicho porucznik.
Młody kapitan sztabu, rozpatrujący mapy, podniósł nieznacznie głowę, zmierzył Łączyńskiego od stóp do głów i odparł krótko, niby zwracając się do wyprostowanych pod drzwiami ordynansów.
— Cicho tam jeden z drugim!
Łączyński poczerwieniał, zaciągnął rzemień podpasujący siwy płaszcz i szarpnął pałaszem.
Kapitanowi się to nie podobało, bo zwrócił się do siedzącego obok kolegi i zauważył zgryźliwie.
— Mógłby sobie Cedrowski do siebie posyłki wzywać, a tu raz po raz lada kto wystaje, jakby powietrza w tej ciasnocie było zadość!
Porucznikowi na ten oczywisty docinek ręka zadrżała, spojrzał ku kapitanowi i odrzekł groźnie.
— Mości Krukowiecki, nie na zawadzanie tu przybyłem!
Kapitan skrzywił się ironicznie i oczy przymrużył.
— Kto to? A, imć Łączyński! Nie postrzegłem, bardzo miło, jeno sobie zapamiętaj acan, że do kapitana mówisz!
Porucznik nie miał czasu odpowiedzieć, gdy z sąsiedniej izby wyszedł Cedrowski.
— Proszę waszmości za mną!
Łączyński poszedł za pułkownikiem, tu naprzeciw wchodzących podniósł się z za stołu sędziwy generał.
— Właśnie porucznik Łączyński! — przedstawił Cedrowski.