Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/86

Ta strona została przepisana.


Łączyński zagryzł usta.
— Panie Ludwiku! — ozwał się pan Paweł po namyśle. — Cóż bo waszmość!?
Szczanieckiemu oczy rozbłyszczyła radość, głos monotonny drgnął żywszym dźwiękiem.
— Wszystko — według rozkazu, panie pułkowniku!
Łączyński głowę zwiesił.
— Byliśmy w jednym bataljonie...
— Miałem zaszczyt, panie pułkowniku!
— Więc też, panie Ludwiku, pozwól się uściskać! — rzekł z wybuchem Łączyński i padł w ramiona Szczanieckiego.
Adjutant zadrżał, z całym impetem odpłacił Łączyńskiemu, lecz, musnąwszy przypadkowo metalicznej powierzchni epoletów, stężał, wyprostował się jeszcze gwałtowniej.
— Widzisz, bo, panie Ludwiku! — zawołał niepewnie pułkownik i urwał nagle.
— Widzę, panie pułkowniku! — wykrzyknął z głębi piersi Szczaniecki, zaczem, schwyciwszy powietrza, dodał cicho: — I... beczę!... bo... że pan pułkownik — jest panem pułkownikiem!!
— Nie pułkownikuj mnie tak, przecież razem z tobą... a uważasz — nie wiedzieć! Więc od towarzysza bliskiego to uszanowanie... I właśnie obliguję waćpana, abyśmy sobie mówili — ty!...
Szczaniecki pobladł ze wzruszenia.
— Panie pułkowniku — ja? Melduję pokornie... że ani myśli!
Jakto? Co!?
— Bobym chyba zdechł z tego... z ten!...
Tu adjutant ręką serce przycisnął i umilkł.
W chacie, zajmowanej przez sztab, powitał Łączyńskiego Cedrowski i, bez ociągania, wprowadził do bocznej izby,