Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/87

Ta strona została przepisana.


w której na dwóch stojących równolegle posłaniach leżeli Dąbrowscy — ojciec i syn.
W izbie panował półmrok, słabo rozproszony wąskim strumieniem światła, zakradającego się poprzez płachtami zawieszone okna.
Cedrowski wysunął się ku przodowi w stronę, gdzie u wezgłowia posłań rysowały się dwa cienie.
— Kto?! — rozległo się ciche zapytanie.
— Cedrowski, panie Henryku! — odpowiedział cień u wezgłowia.
— Cedrowski — powtórzył pierwszy głos. — I cóż powiesz!?
Pułkownik zbliżył się do posłania.
— Rozkazałeś, panie generale, przyzwać pułkownika Pawła Łączyńskiego!
— A! Gdzież jest? Proszę! Valentini ustąp nieco, niech go zobaczę! Łączyński, podaj mi rękę! Uściśnij! Nie czuję, djablo mocno pogłaskała mnie kontuzja! Siadaj na łóżku! Widzisz, waćpan, widzisz, my tu kłopotaliśmy się o ciebie, a tu nominacja spadła sama... I nominacja nielada!
— Sam nie wiem, panie generale... — rzekł nieśmiało Łączyński.
— Kogoś musisz mieć, co umiał porę upatrzeć!
— Parol, panie generale, że ani mogę się domyślić!
Dąbrowski odetchnął ciężko.
— Nie czynię ci z tego zarzutu! Choćby nawet... to i dobrzebyś zrobił! Bo cóż, na Dąbrowskiego przedstawienie liczyć niepodobna!... Jego przedstawienie nigdy wiele nie znaczyło i nie znaczy! Chyba... że ktoś o kulę, o nędzę, chciałby się dobijać!... Tak, tak, mości Łączyński, samemu trzeba pamiętać o swojej zasłudze, a na generała się nie oglądać.
Dąbrowski umilkł.