Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/95

Ta strona została przepisana.


Łączyński nacisnął kobyłę, nie chcąc przerywać nawiązanej rozmowy.
— Wyście skąd?
— Od Jansborku!
— Polak?
Chłop dźwignął ramionami.
— Od Jansborku, co je nade Spirdingem! Przy Pisku!
— Czekajcie, bo nie wiem!
— Jansbork to je amtowy stad, Spirding jezioro, a Pisek rzyka! Co ta komu!
Chłop splunął i mocniej kosturem wywinął.
Łączyński na ów wykład nie wiedział, co odpowiedzieć.
— To chyba na Mazurach!? — dodał po chwili, a nie doczekawszy się odpowiedzi, zagadnął wprost. — A z Morągu do Saalfeldu, ile mil naprawdę?
— Niby z Morugi do Zelwałdu?
— U was każda wieś ma dwie nazwy!
— Niech ma!
— Więc ile mil?
— Francuz nie zajdzie!
— Nie lubicie Francuzów?!
Chłop zębami zgrzytnął.
— Morowego niema na psiarstwo!
— Także wam dokuczyli?!
— Dokuczyli! Chałupę mi obsiedli, łyżki żuru nie zostawili, gadzinę wyszlachtowali, zmajdrowali obejście, że koła w płocie nie masz! Węborek cały nie ostał! A bo mnie tylko, cały becyrk na dziady poszedł!
— Wojna!
— My se tak pedamy! — bąknął chłop i roześmiał się dziko.
— A wojna minie, to dla wszystkich nas lepsze nastaną czasy!