Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/96

Ta strona została przepisana.


— Jak cię nie zeźre!
— Albo wam pod Prusakiem było lekko!?
— Lekko nie lekko — ta było! Choć mogłeś dychać, a na zimę zaśparować krup! Skórę darli, lecz nie rabowali! A bo?! Może wy do Francuzów?! Co?!
Łączyński na to zapytanie, wymówione z jakimś złowrogiem warknięciem, spojrzał niepewnie ku barczystej postaci chłopa i odrzekł wymijająco.
— Toć widzisz przecież żem swojak!
— Ta może, chocia mi się zdało! Bo i po co wam do Zelwałdu?! Francuzów tam, jak mrowia! A i sam Naparty pod Miłomłynem wachtuje! Gdzie nie potrza leziecie!
— Czasem potrza właśnie!
— Nie moja skóra! Nie moja sprawa! Talara jeno dać musicie, bo śtreki ledwie najdzie!
— Targować się nie będę!
Chłop przystanął, rozejrzał się po przepastnie białej równi i ozwał się po namyśle.
— Od tej wierzbiny zrychtujemy się na prawo! Trza winklować!
— Przecież droga do Saalfeldu jak kamieniem rzucił!
Chłop zęby wyszczerzył.
— Pewnie! Tylko że teraz idziemy nie jak wam potrza!
— Zbłądziliście może?
— Gdzie zaś! W zajeździe tylko pedali, żeście Francuz, tedy was chciałem do Hansa, na jeziorko wycyganić!
— Do jakiego Hansa?
— A no, bo tam wszystkich Francuzów prowadzamy! Sklep jest tęgi! Bez łeb kijem, a potem już sam skiśnie psiawiara!
Łączyńskiego dreszcz przeszedł.
— Mordujecie?
— Ktoby się zaś męczył! Sami się mordują! Co z nimi