Strona:Wacław Niezabitowski - Skarb Aarona.djvu/98

Ta strona została skorygowana.
VI

— „Inglesi“ niema w obozie! — rzekł jadący przodem wraz z Żałyńskim Ibn Tassil, wstrzymując wielbłąda na kilkaset kroków przed namiotami ekspedycji amerykańskiej.
— Skąd wiesz o tem? — zapytał zdziwiony lotnik.
— Widziałem dwie hieny, uciekające na nasz widok zpośród namiotów. To znak, że nikogo w nich niema. Hiena — tchórz... nie podchodzi blisko do ludzi — tłumaczył Arab.
El Terim, jadący na końcu, zrównał się z nimi. Ibn Tassil dał znak, baty poganiaczy spadły na boki wielbłądów. Ruszono wolno naprzód, wymijając olbrzymie głazy, któremi było gęsto usiane dno wąwozu.
Ibn Tassil mówił prawdę. Pomimo że kawalkada znajdowała się już prawie w obrębie obozu, czyniąc dość głośny hałas, nikt nie ukazał się w ciemnych otworach namiotów.
— Zapewne znajdują się gdzieś wpobliżu —