Strona:Wacław Sieroszewski-Na kresach lasów.djvu/121

Ta strona została przepisana.

Co dnia nadciągają.
Aj-ja-haj! jahaj! jahaj!

— Guziki! guziki! — darła się gromada.
Ponieważ jednak trzeba było zdjąć z nart ładunek i część jego przenieść do śpiżarni, a niepoćwiartowane jeszcze zwierzę zawlec do jurty, zabawa została przerwaną i wszyscy wzięli się do roboty.
Jednocześnie Ujbanczyk przeglądał książki Pawła, leżące na półce, i rozpytywał o niego Tunguza.
— Czy uczony?
— Kto go wie.
— Czy dobry?
— Ps-y-psy-cho-lo-gia — sylabizował z trudnością. — Kto was rabusiów napasie? obdarliście go pewnie ze wszystkiego! — mruczał po rosyjsku.
— Co? on w okularach chodzi?
— W okularach.
— Wciąż?
— Wciąż.
— Soc-soc-jo-lo-gia! — czytał nagłówek drugiej z kolei książki. — Co? po rosyjsku gada, czy inaczej?
— Po rosyjsku pewnie... a kto go wie.
— A po jakucku umie?
— Mistrz! a tylko udaje głuchego, aby nic nie dawać.
— Kruki drapieżne! wszystkoście pewnie rozdrapali! — warczał chłopak.
— E-ko-no-mia po-li-tycz-na. Dziwo! litery niby nasze, a nie rozumiem. A są i takie, co zupełnie nie nasze. Może on Żyd?
— Zapewne Żyd, taki skąpy! nie modli się! — dodał Tunguz uroczyście.
Ujbanczyk zamyślił się.
— To niczego nie dowodzi — odezwał się po chwili namysłu. — Może być nasz, choć się i nie